Od pobytu w szpitalu minęło już trochę czasu. Siódmy miesiąc to już nie przelewki, musiałam być ostrożna na każdym kroku. Dosłownie na każdym kroku, chociaż mało chodziłam. Głównie leżałam i patrzyłam na otaczających mnie ludzi: mamę, siostry, Collina, pielęgniarkę i Harry'ego. Wszyscy biegali wokół mnie i pytali się czy czegoś mi potrzeba, mam na coś ochotę albo czy dobrze się czuję. Zazwyczaj odpowiadałam, że jest w porządku i nic nie chcę, ale jak już o coś poprosiłam, to natychmiast był raban i za pięć sekund to miałam. Nawet jeśli był to pączek z piekarni po drugiej stronie miasta.
Ojciec wpadał codziennie parę razy, przestał się ze mną kłócić i dał mi we wszystkim wolną rękę. Z tego co pamiętam tylko raz próbował mnie zmusić, żeby dziecko miało chrzest katolicki. Wybuchnęłam wtedy jak z armaty, awantura to mało powiedziane. Dałam mu jasno do zrozumienia, że nie ma na co liczyć. Dziecko samo podejmie decyzję w co wierzy. Jednakże najlepsze sytuacje występowały w przypadku odwiedzin moich przyjaciółek. Czasami Harry musiał je wywalać z domu, żeby dały mi odpocząć. Gadały na okrągło, trajkotały ile mogły, aż w końcu stawałam się tak zmęczona, że zasypiałam z głową na kolanach Alice. Opowiadały mi różne sytuacje, które rozgrywały się u nich na studiach. Al poszła na dziennikarstwo, Cher na Akademię Sztuk Pięknych, Annabel wkroczyła w poważny świat fizyki i matmy, a Natalie postanowiła na razie przyhamować z nauką i zostać nauczycielką tańca w naszej kochanej Akademii Artystycznej. Dostała jej się grupa sześciolatek, grupa pianistyczna i gitarowa. Miała mnóstwo na głowie z tymi wszystkimi testami, nie testami, tańcem, nauką i jeszcze znajdowała czas, żeby do mnie zajrzeć i pogadać. Kochałam je wszystkie jak siostry i dopiero po którejś rozmowie z rzędu uświadomiłam sobie, że przecież nie zostawię sobie dziecka ot tak z Harrym. On ma tryliard zajęć na dzień i dodatkowo jeszcze takie małe, jęczące cudo? Nie, to nierealne.
Pewnego dnia po wyjściu dziewczyn, mniej więcej tak w ósmym miesiącu, usiadłam na kanapie i pogłaskałam się po brzuchu.
- Och mój syneczku, kiedy już wyjdziesz, co? Mamusia się doczekać nie może- poczułam kopnięcie.
- Dlaczego myślisz, że to chłopiec? Jestem przekonany, że to dziewczynka- Harry podszedł do mnie i z uśmiechem przytulił się do mojej obrzmiałej części ciała.- Tatuś wie najlepiej, prawda słonko?
Dziecko nie ruszyło się, a ja z tryumfalnym uśmieszkiem spojrzałam na niego.
- Widzisz, nie kopnął, czyli że to chłopiec- znowu ruch.
- A może jej się po prostu nie podoba kiedy mówisz o niej jako o chłopcu- Haz nie powiedział tego do mnie tylko do brzucha.
- Jasne, tylko że to ja jestem mamą i to ja go czuję- wystawiłam mu język.
- Pewnie, ale to ja ją spłodziłem i ja wiem lepiej.
Od tamtej pory kłóciliśmy się o to nieustannie, a nie chcieliśmy sprawdzać płci, żeby mieć niespodziankę. Byłam już nastawiona na małego Lou, byłam taka podekscytowana!
***
- No weź Haz, jednego małego!- Zayn wyciągnął do niego rękę z kieliszkiem.
- Nie, naprawdę nie mogę- chłopak wymówił się.- Muszę być kompletnie trzeźwy, gdyby coś się stało.
Popatrzył na mnie ciepło i zwrócił wzrok na mój potężny brzuch. Byłam z siebie taka dumna, że donosiłam tą ciążę, niedługo miałam termin.
- Rozumiem, że przeżywacie ciążę razem- zachichotała Eleanor.
Kiedy miałam bardzo zły moment, nie było przy mnie Harry'ego. Musiał wyjechać do Holmes Chapel i zostawił mnie samą. Chwyciły mnie potworne bóle, pierwszymi w kontaktach są u mnie właśnie El i Lou. Przylecieli praktycznie w jednym momencie i zabrali mnie do szpitala. W trakcie wizyty pogodzili się i znowu zostali parą, a jakby tak się nie stało... Mniejsza z tym, po prostu siedzieli na przeciwko mnie i przytulali się czule. Haz to nie miał jak mnie objąć, bo wszędzie byłam ogromna.
Rozmowa potoczyła się w stronę nowej płyty chłopaków, byli z niej bardzo dumni i nie mogli się doczekać, kiedy fani ją usłyszą. Zadziwiało mnie to ile dla nich robią, starali się pod pasować praktycznie wszystko tak, żeby nie musieli czekać. Imponowało mi to.
- Tak, mamy jeden genialny utwór, ale tytułu za nic nie możemy znaleźć...- Niall przygryzł wargę.
Nagle coś w środku mnie przekręciło się, poluzowało i tak jakby ściekło. Poczułam, że wokół mnie jest mokro. Złapałam Harry'ego za rękę, spojrzał na mnie momentalnie, po czym wyszeptałam słabo:
- Wody mi odeszły.
--------------------------------------------------------------------------------
...
...
...
:') Dziękuję. Ostatnio pod rozdziałem pojawił się negatywny komentarz, nie powiem było mi smutno i w ogóle, ale dał mi dużo do myślenia. Dziękuję szczerze tej osobie i no wielkie podziękowania dla tej, która mnie broniła. Ja... Przepraszam, przerwa na ryk... Po prostu dziękuję :* OsoboAnonimie! Twój negatywny komentarz w chuja mi dał do myślenia! Ale jeśli jeszcze raz kurwa powiesz, że nie umiem przeklinać to jebany skurwysynu nie żyjesz! Zapamiętaj to sobie kurwa!
...
...
...
Jedenaście komentarzy? ^^ Przypominam o nowym blogu! Pierwszy rozdział pojawi się niedługo! #klik
...
...
...
...
...
...
A może blog się tak szybko nie skończy?
poniedziałek, 9 września 2013
Rozdział 50
niedziela, 8 września 2013
Rozdział 49
Harry wyszedł do studia, więc postanowiłam coś porobić. Z racji tego, że okrutnie mi się nudziło postanowiłam poprzeglądać ploty o mnie. Może to i było dziwne zajęcie, ale w każdym razie można się było czegoś ciekawego o sobie dowiedzieć. Na przykład, że tylko udaję ciążę i meczę Harry'ego, albo że dziecko może umrzeć. Chwilami śmiałam się głośno i aż płakałam ze śmiechu, niektóre wiadomości były po prostu komiczne. Jak już mi się znudziło komentowanie z anonima, poszłam sprzątać. Przyszło mi mieszkać z człowiekiem, który przykłada wyjątkowo małą uwagę do porządku i postanowiłam go nauczyć tego i owego.
W pewnym momencie poczułam, że jestem mokra, tam na dole. Uczucie myląco przypominało okres, jak torpeda wystrzeliłam do łazienki. Sprawdziłam i... faktycznie, na mojej białej bieliźnie widniała krew.
===========================================================
Przyglądałem się z uwagą jak Josh niańczy Lux. To było takie słodkie, nie można było oderwać od nich wzroku. Zastanawiałem się, czy tak samo będzie z moim dzieckiem- od małego będzie przyzwyczajane do sławy i tegoż miejsca, w którym aktualnie się znajdowałem. Melly pójdzie na studia, a ja pewnie zostanę z małą. Dlaczego małą? Wiedziałem, że to dziewczynka od samego początku. Oczywiście Melody upiera się, że to chłopiec i już wymyśla dla niego imię. Z tym, że ja wiem jak się będzie nazywało nasze dziecko.
Nagle telefon mi zawibrował w kieszeni, serce mi podskoczyło do gardła kiedy usłyszałem płaczliwy głos mojej dziewczyny.
- Ale spokojnie kochanie, spokojnie. Jeszcze raz- zwróciłem na siebie uwagę wszystkich w studiu.
- No bo... bo...- wyszlochała.- Mam krwotok!
- Za pięć minut będę, rozmawiaj ze mną cały czas.
Zerwałem się z krzesła i natychmiast wypadłem ze studia. Kiedy wsiadłem do samochodu głos Elly stał się bardzo słaby.
- Skarbie, misiu, kochanie, będę już za trzy minutki, dobrze?- starałem się ją uspokoić słodkimi słówkami. Niestety nie usłyszałem nikogo po drugiej stronie słuchawki. Jeszcze chyba nigdy nie wykorzystałem pełnej mocy silnika mojego auta, ale w tamtym momencie raczej przekroczyłem jego możliwości i dojechałem do domu w półtora minuty. Zobaczyłem ją na kanapie trzymającą się za brzuch, nie zemdlała ale widziałem, że jest na krawędzi wszystkiego. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do samochodu, w drodze przypomniałem sobie szpital, w którym miał być poród. Wybrałem numer położnej i powiedziałem, że będziemy za dwie minuty. Nawet nie miałem czasu wytłumaczyć problemu, bo już byliśmy.
=========================================================
Denerwujące pikanie nie dawało mi spać, mruknęłam w geście niezadowolenia i spróbowałam się przekręcić na bok. Jednak coś mi nie pozwoliło, mianowicie cały rój rurek wokół mnie. Poczułam coś na swojej twarzy i już chciałam to zdjąć, kiedy ktoś mi przeszkodził.
- Ani. Mi. Się. Waż- ostrzegawczy głos Harry'ego skutecznie odwiódł mnie od pomysłu.- To są rurki z tlenem, nawet tego nie dotykaj.
Po surowych słowach jego twarz złagodniała i pogłaskał mnie delikatnie po policzku. Nic nie rozumiałam, nie wiedziałam gdzie jestem i co się ze mną dzieje. Czegoś mi brakowało. Zaraz, zaraz...
- Co z dzieckiem?!- moje oczy momentalnie rozszerzyły się do wielkości spodków.
- Spokojnie kochanie, już wszystko w porządku- widziałam, że Harry okłamuje zarówno mnie i siebie.
- Wcale, że nie...- wyszeptałam słabo.- Co się stało?
- Zadzwoniłaś do mnie, że masz krwotok. W szpitalu to potwierdzili, na osiemdziesiąt procent...
- Na osiemdziesiąt procent, co?!- histeria opanowała moje ciało.
- Dziecko umrze...- na te słowa zrobiło mi się czarno przed oczami. Pamiętam jeszcze tylko mój histeryczny szloch.
-----------------------------------------------------------------------------------
Wpadłam z przyjaciółkami na zajebisty pomysł. Jako, że blog niedługo powoli będzie zmierzał ku końcowi (ale mi się rymnęło, nie ma co) to wyszła inicjatywa pisania wspólnego hajsu. Of kors zacznę także smolić nowego własnego i was o tym poinformuję. Na razie zwiastun wspólnego bloga #klik pierwszy rozdział zapewne pojawi się dzisiaj #here
Dziesięć komów!
W pewnym momencie poczułam, że jestem mokra, tam na dole. Uczucie myląco przypominało okres, jak torpeda wystrzeliłam do łazienki. Sprawdziłam i... faktycznie, na mojej białej bieliźnie widniała krew.
===========================================================
Przyglądałem się z uwagą jak Josh niańczy Lux. To było takie słodkie, nie można było oderwać od nich wzroku. Zastanawiałem się, czy tak samo będzie z moim dzieckiem- od małego będzie przyzwyczajane do sławy i tegoż miejsca, w którym aktualnie się znajdowałem. Melly pójdzie na studia, a ja pewnie zostanę z małą. Dlaczego małą? Wiedziałem, że to dziewczynka od samego początku. Oczywiście Melody upiera się, że to chłopiec i już wymyśla dla niego imię. Z tym, że ja wiem jak się będzie nazywało nasze dziecko.
Nagle telefon mi zawibrował w kieszeni, serce mi podskoczyło do gardła kiedy usłyszałem płaczliwy głos mojej dziewczyny.
- Ale spokojnie kochanie, spokojnie. Jeszcze raz- zwróciłem na siebie uwagę wszystkich w studiu.
- No bo... bo...- wyszlochała.- Mam krwotok!
- Za pięć minut będę, rozmawiaj ze mną cały czas.
Zerwałem się z krzesła i natychmiast wypadłem ze studia. Kiedy wsiadłem do samochodu głos Elly stał się bardzo słaby.
- Skarbie, misiu, kochanie, będę już za trzy minutki, dobrze?- starałem się ją uspokoić słodkimi słówkami. Niestety nie usłyszałem nikogo po drugiej stronie słuchawki. Jeszcze chyba nigdy nie wykorzystałem pełnej mocy silnika mojego auta, ale w tamtym momencie raczej przekroczyłem jego możliwości i dojechałem do domu w półtora minuty. Zobaczyłem ją na kanapie trzymającą się za brzuch, nie zemdlała ale widziałem, że jest na krawędzi wszystkiego. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do samochodu, w drodze przypomniałem sobie szpital, w którym miał być poród. Wybrałem numer położnej i powiedziałem, że będziemy za dwie minuty. Nawet nie miałem czasu wytłumaczyć problemu, bo już byliśmy.
=========================================================
Denerwujące pikanie nie dawało mi spać, mruknęłam w geście niezadowolenia i spróbowałam się przekręcić na bok. Jednak coś mi nie pozwoliło, mianowicie cały rój rurek wokół mnie. Poczułam coś na swojej twarzy i już chciałam to zdjąć, kiedy ktoś mi przeszkodził.
- Ani. Mi. Się. Waż- ostrzegawczy głos Harry'ego skutecznie odwiódł mnie od pomysłu.- To są rurki z tlenem, nawet tego nie dotykaj.
Po surowych słowach jego twarz złagodniała i pogłaskał mnie delikatnie po policzku. Nic nie rozumiałam, nie wiedziałam gdzie jestem i co się ze mną dzieje. Czegoś mi brakowało. Zaraz, zaraz...
- Co z dzieckiem?!- moje oczy momentalnie rozszerzyły się do wielkości spodków.
- Spokojnie kochanie, już wszystko w porządku- widziałam, że Harry okłamuje zarówno mnie i siebie.
- Wcale, że nie...- wyszeptałam słabo.- Co się stało?
- Zadzwoniłaś do mnie, że masz krwotok. W szpitalu to potwierdzili, na osiemdziesiąt procent...
- Na osiemdziesiąt procent, co?!- histeria opanowała moje ciało.
- Dziecko umrze...- na te słowa zrobiło mi się czarno przed oczami. Pamiętam jeszcze tylko mój histeryczny szloch.
-----------------------------------------------------------------------------------
Wpadłam z przyjaciółkami na zajebisty pomysł. Jako, że blog niedługo powoli będzie zmierzał ku końcowi (ale mi się rymnęło, nie ma co) to wyszła inicjatywa pisania wspólnego hajsu. Of kors zacznę także smolić nowego własnego i was o tym poinformuję. Na razie zwiastun wspólnego bloga #klik pierwszy rozdział zapewne pojawi się dzisiaj #here
Dziesięć komów!
piątek, 6 września 2013
Rozdział 48
- A teraz głęboki wdech i wydech, wdech i wydech- wykonywałam powoli zalecenia pani instruktor. Harry obok mnie robił to samo, jemu się to chyba nawet bardziej przydawało.
To był jednak dobry pomysł, żeby chodzić na szkołę rodzenia. Oboje się denerwowaliśmy nie wiadomo po co, rzucaliśmy w siebie sarkazmem i ironią, raz talerze latały po kuchni. Po sytuacji z rozbitym kryształowym wazonem się poryczałam i wpadliśmy na pomysł chodzenia do szkoły rodzenia. Byłam w siódmym tygodniu ciąży, niby niewiele a jednak już coś. Miałam już oponkę i chodziłam dumnie, prezentując każdemu że niedługo będę mamą.
Pewnego razu kiedy mnie nie było wkradł się na mojego Twittera, Facebooka, Instagrama i inne duperele, żeby... je usunąć! Zrobiłam mu później taką awanturę, że oboje skończyliśmy wtuleni w siebie ze łzami w oczach. Oczywiście w tym jakże napiętym czasie były także ultra romantyczne momenty, potrafił być tak słodki jak tylko on umiał. Przynosił mi kwiaty, czekoladki, zdarzały nam się nawet aż za bardzo romantyczne momenty.... Modliłam się w duchu, żeby przypadkiem nie stało się coś dzidziusiowi. Niestety, moje zapędy były czasami nieposkromione, Harry aż się ze mnie podśmiewał.
- No dobrze, na dzisiaj już kończymy- usłyszałam znowu głos instruktorki.- Proszę tatusiów, aby pamiętali o wszystkich radach, które tutaj padły.
Uśmiechnęła się do nas wszystkich uroczo, zebrała swoje dokumenty i pożegnała się z nami. Kiedy tylko wstałam koło mnie zmaterializowała się Jessica, słodka blondynka która była w tym samym momencie co ja.
- Masz dzisiaj czas na zakupy?- w jej oczach błysnęła radość.
- Pewnie, mam czasu aż za dużo- uśmiechnęłam się do niej.
- To świetnie! Za godzinę w galerii?- jej uśmiech był tak szczery i tak niewinny, że z trudem mogłam myśleć o jej macierzyństwie.
- Jesteśmy umówione- objęłyśmy się i chwyciłyśmy za ręce naszych chłopaków, odrywając ich tym samym od jakiejś rozmowy.
Pojechaliśmy z Harrym do domu moich rodziców, nakazali nam siebie odwiedzać zawsze po zajęciach. Tata jeszcze nie do końca pogodził się z tym, że będę mamusią ale już trochę przyjmował do wiadomości i nawet prowadził ze mną normalną konwersację. Oczywiście coś musiało się schrzanić w moim idealnym życiu, ojciec razem z tatą Harry'ego się pokłócili. Nie wiem o co, pewnie o jakieś męskie pierdoły. Co z tego, że rodzice Haza byli rozwiedzeni? Mnie to nie przeszkadzało, jeśli tylko nie będą się kłócić przy dziecku.
Najtrudniej było wytłumaczyć dziewczynkom co się dzieje. Nie rozumiały dlaczego nagle jest wokół mnie taki szum, czemu ludzie na ulicy się na mnie gapią. Musiałam z nimi przeprowadzić poważną rozmowę, na całe szczęście większość przyjęły do rozumu. Były tylko strasznie ciekawe dzidziusia w moim brzuchu, ciągle próbowały go zobaczyć, ale nigdy im się nie udawało. Tłumaczyłam im, że to tylko na razie takie małe stworzonko i, że dopiero dziecko urośnie. Obiecałam im, że będą mogły poczuć jak kopie, być ze mną na końcowym USG i zobaczyć swojego siostrzeńca lub siostrzenicę po porodzie. Oczywiście najpierw sama je zobaczę, tak już chciałam trzymać je na rękach!
- No i jak tam z dzieckiem? Wszystko w porządku?- sprowadził mnie na ziemię tata.
- Tak, tak, oczywiście- mruknęłam i dalej wpatrywałam się w coś za oknem.
- Jesteś jakoś mało rozmowna, Melody- zwrócił mi uwagę, ale ja mu nie odpowiedziałam.- Melody- nic.- Melody- zero.- Melody!- podniósł głos.- Melody, do cholery!- odwróciłam do niego gwałtownie głowę i objęłam się za brzuch.
- Nie. Przeklinaj. Przy. Dziecku.- wysyczałam przez zęby niebezpiecznie niskim tonem.
- Daj spokój, ono nawet jeszcze nie żyje!- na te słowa zerwałam się gwałtownie z kanapy i wyleciałam z pokoju, słysząc za sobą Harry'ego. Doszły mnie też jego przekleństwa i gwałtowna wymiana zdań między mężczyznami. Kiedy do mnie przybiegli ja wychodziłam właśnie wkurwiona z domu.
- Idziemy Harry- warknęłam i pociągnęłam go za rękę.- Dziecko nie będzie słuchało tego... tego... ignoranta!
Chłopak popatrzył na mnie z lekkim zdezorientowaniem w oczach i zaraz pomógł mi wsiąść do auta. Kiedy ruszyliśmy potok łez wylał mi się z oczu. Jak mogłam tak się zachować?! Przecież to karygodne! Ale on jednakże obraził mojego dzidziusia... A to chuj! Ale z kolei ja nie reagowałam jak mówił do mnie... Czyli to moja wina! Z innej strony, nie musiał tak obrażać mojego skarba! Ach!
Zgięłam się wpół z powodu potwornego bólu. Wszystko we mnie aż się gotowało ze złości na ojca, samą siebie i piekielnej agonii.
- Melody?!- głos przerażonego Harry'ego natychmiast ustawił mnie do pionu.- Co ci jest?!
- To nic, tylko nerwobóle- wysapałam po fali bólu. Pogładziłam się po wystającym brzuchu i opadłam na fotel.
----------------------------------------------------
Yolololo, witam! Jak pierwszy tydzień w szkole? :D U mnie kapeć. Mam tak zdrowo jebniętą klasę, że wytrzymać się nie da! Za chuja nie można z nimi wytrzymać... Sorry, że się wam tutaj tak żalę, ale po prostu nie mam do kogo, a wy jesteście kochani i na pewno zrozumiecie :* A jak u was? Czy jest tu jeszcze jakiś maniakalny fan Colda i Darka? ;) Dwanaście komentarzy!
To był jednak dobry pomysł, żeby chodzić na szkołę rodzenia. Oboje się denerwowaliśmy nie wiadomo po co, rzucaliśmy w siebie sarkazmem i ironią, raz talerze latały po kuchni. Po sytuacji z rozbitym kryształowym wazonem się poryczałam i wpadliśmy na pomysł chodzenia do szkoły rodzenia. Byłam w siódmym tygodniu ciąży, niby niewiele a jednak już coś. Miałam już oponkę i chodziłam dumnie, prezentując każdemu że niedługo będę mamą.
Pewnego razu kiedy mnie nie było wkradł się na mojego Twittera, Facebooka, Instagrama i inne duperele, żeby... je usunąć! Zrobiłam mu później taką awanturę, że oboje skończyliśmy wtuleni w siebie ze łzami w oczach. Oczywiście w tym jakże napiętym czasie były także ultra romantyczne momenty, potrafił być tak słodki jak tylko on umiał. Przynosił mi kwiaty, czekoladki, zdarzały nam się nawet aż za bardzo romantyczne momenty.... Modliłam się w duchu, żeby przypadkiem nie stało się coś dzidziusiowi. Niestety, moje zapędy były czasami nieposkromione, Harry aż się ze mnie podśmiewał.
- No dobrze, na dzisiaj już kończymy- usłyszałam znowu głos instruktorki.- Proszę tatusiów, aby pamiętali o wszystkich radach, które tutaj padły.
Uśmiechnęła się do nas wszystkich uroczo, zebrała swoje dokumenty i pożegnała się z nami. Kiedy tylko wstałam koło mnie zmaterializowała się Jessica, słodka blondynka która była w tym samym momencie co ja.
- Masz dzisiaj czas na zakupy?- w jej oczach błysnęła radość.
- Pewnie, mam czasu aż za dużo- uśmiechnęłam się do niej.
- To świetnie! Za godzinę w galerii?- jej uśmiech był tak szczery i tak niewinny, że z trudem mogłam myśleć o jej macierzyństwie.
- Jesteśmy umówione- objęłyśmy się i chwyciłyśmy za ręce naszych chłopaków, odrywając ich tym samym od jakiejś rozmowy.
Pojechaliśmy z Harrym do domu moich rodziców, nakazali nam siebie odwiedzać zawsze po zajęciach. Tata jeszcze nie do końca pogodził się z tym, że będę mamusią ale już trochę przyjmował do wiadomości i nawet prowadził ze mną normalną konwersację. Oczywiście coś musiało się schrzanić w moim idealnym życiu, ojciec razem z tatą Harry'ego się pokłócili. Nie wiem o co, pewnie o jakieś męskie pierdoły. Co z tego, że rodzice Haza byli rozwiedzeni? Mnie to nie przeszkadzało, jeśli tylko nie będą się kłócić przy dziecku.
Najtrudniej było wytłumaczyć dziewczynkom co się dzieje. Nie rozumiały dlaczego nagle jest wokół mnie taki szum, czemu ludzie na ulicy się na mnie gapią. Musiałam z nimi przeprowadzić poważną rozmowę, na całe szczęście większość przyjęły do rozumu. Były tylko strasznie ciekawe dzidziusia w moim brzuchu, ciągle próbowały go zobaczyć, ale nigdy im się nie udawało. Tłumaczyłam im, że to tylko na razie takie małe stworzonko i, że dopiero dziecko urośnie. Obiecałam im, że będą mogły poczuć jak kopie, być ze mną na końcowym USG i zobaczyć swojego siostrzeńca lub siostrzenicę po porodzie. Oczywiście najpierw sama je zobaczę, tak już chciałam trzymać je na rękach!
- No i jak tam z dzieckiem? Wszystko w porządku?- sprowadził mnie na ziemię tata.
- Tak, tak, oczywiście- mruknęłam i dalej wpatrywałam się w coś za oknem.
- Jesteś jakoś mało rozmowna, Melody- zwrócił mi uwagę, ale ja mu nie odpowiedziałam.- Melody- nic.- Melody- zero.- Melody!- podniósł głos.- Melody, do cholery!- odwróciłam do niego gwałtownie głowę i objęłam się za brzuch.
- Nie. Przeklinaj. Przy. Dziecku.- wysyczałam przez zęby niebezpiecznie niskim tonem.
- Daj spokój, ono nawet jeszcze nie żyje!- na te słowa zerwałam się gwałtownie z kanapy i wyleciałam z pokoju, słysząc za sobą Harry'ego. Doszły mnie też jego przekleństwa i gwałtowna wymiana zdań między mężczyznami. Kiedy do mnie przybiegli ja wychodziłam właśnie wkurwiona z domu.
- Idziemy Harry- warknęłam i pociągnęłam go za rękę.- Dziecko nie będzie słuchało tego... tego... ignoranta!
Chłopak popatrzył na mnie z lekkim zdezorientowaniem w oczach i zaraz pomógł mi wsiąść do auta. Kiedy ruszyliśmy potok łez wylał mi się z oczu. Jak mogłam tak się zachować?! Przecież to karygodne! Ale on jednakże obraził mojego dzidziusia... A to chuj! Ale z kolei ja nie reagowałam jak mówił do mnie... Czyli to moja wina! Z innej strony, nie musiał tak obrażać mojego skarba! Ach!
Zgięłam się wpół z powodu potwornego bólu. Wszystko we mnie aż się gotowało ze złości na ojca, samą siebie i piekielnej agonii.
- Melody?!- głos przerażonego Harry'ego natychmiast ustawił mnie do pionu.- Co ci jest?!
- To nic, tylko nerwobóle- wysapałam po fali bólu. Pogładziłam się po wystającym brzuchu i opadłam na fotel.
----------------------------------------------------
Yolololo, witam! Jak pierwszy tydzień w szkole? :D U mnie kapeć. Mam tak zdrowo jebniętą klasę, że wytrzymać się nie da! Za chuja nie można z nimi wytrzymać... Sorry, że się wam tutaj tak żalę, ale po prostu nie mam do kogo, a wy jesteście kochani i na pewno zrozumiecie :* A jak u was? Czy jest tu jeszcze jakiś maniakalny fan Colda i Darka? ;) Dwanaście komentarzy!
czwartek, 5 września 2013
Rozdział 47
Nerwowo skubałam palce i zagryzałam wargę. Podniesione brwi Harry'ego mówiły jasno: tak czy nie?
- No przecież muszą się dowiedzieć, że rodzina się powiększy!- wymamrotałam i wlepiłam wzrok w haftowaną kołdrę.
- Oczywiście, ale chcesz żeby dowiedzieli się wszyscy za jednym razem czy oddzielnie?
- Muszą się też poznać i chyba nie przetrwałabym dwa razy takiego napięcia. Nie w takim stanie- odruchowo złapałam się za brzuch.
To był mój taki tik nerwowy, przez ostatni tydzień nabrałam potrzeby odczuwania dziecka. Harry patrzył na to z małym uśmieszkiem na ustach, był podobny do tego jak wyszliśmy od lekarza. Szczerzył się wtedy jak głupi i co chwila skakał krzycząc: jestem tatusiem, jestem tatusiem! Będziemy rodzicami, wiesz? Hura!
- Będzie dobrze, skarbie- złapał mnie za ręce i potarł moje kostki.
- Wierzę ci- przysunęłam się do niego i wtuliłam mocno w jego tors. Objął mnie opiekuńczo i westchnął.
- No to teraz tylko jeszcze wybierzemy restaurację i będzie okej, tak?-spojrzał na mnie w dół.
- Pewnie, a już o jakiejś myślisz?
Haz uśmiechnął się tajemniczo.
***
- No chodź już, no! Na pewno ślicznie wyglądasz!- jęknął z parteru Harry.
- Poczekaj jeszcze dosłownie pięć minut, kochanie!- odkrzyknęłam mu i dalej szarpałam się z kolią.
Była taka delikatna (przynajmniej na taką wyglądała) i nie chciałam jej zepsuć. Od pół godziny siedziałam w łazience i próbowałam coś z tym zrobić. Za chwilę usłyszałam jakieś głuche dudnienie na dole i już chciałam pytać co się dzieje, kiedy drzwi do łazienki raptownie się otworzyły.
- Co ty tutaj jeszcze robisz, hmm?- podszedł do mnie i oparł się rękoma po obu stronach oparcia krzesła.
- Próbuję to zapiąć- wymamrotałam ze skupieniem.
- Pomogę ci- uśmiechnął się i złapał za zawieszkę.
Chwilę później diamentowa kolia zdobiła moją szyję, a Harry wpatrywał się w nią z pożądaniem w oczach.
- Wiesz jak chętnie zdarłbym teraz z ciebie tę kieckę?- pomógł mi wstać.
- Wiem, ale nie mamy teraz czasu- zbliżyłam swoje usta do niego i namiętnie pocałowałam. Nie był mi dłużny, jego język czynił cuda. Dopiero kiedy kazałam mu przestać się zatrzymał.
- Wiesz, chyba mam teraz niewydolność oddechową- całował mnie tak mocno, że czułam jak puchną mi usta.
Zaśmiał się tylko cicho, dotknął czule mojego brzucha i sprowadził mnie powoli na dół. Wsiedliśmy do samochodu i zaczęliśmy jechać w nieznanym mi kierunku, ale Harry wydawał się świetnie rozpoznawać w sytuacji. Kiedy dojechaliśmy mało szczęka mi nie opadła z wrażenia. Budynek sam w sobie musiał kosztować kupę forsy, nie mówiąc już o wystroju wnętrz. Chłopak wstał, obszedł samochód i podał mi rękę. Gdy wysiadłam rzucił kluczyki parkingowemu i poprowadził mnie do środka. Tak jak się spodziewałam było niesamowicie- wielkie żyrandole, mnóstwo cholernie drogiego alkoholu i w siana bogatych ludzi. Poczułam się trochę niekomfortowo, co Harry natychmiast wyczuł.
- Nie denerwuj się skarbie, mamy zarezerwowaną salę tylko dla siebie.
Trochę się rozluźniłam, ale kiedy zobaczyłam tą "salę" prawie się popłakałam. Było jeszcze więcej tego wszystkiego i na dodatek przy stole siedziały obie rodziny.
- Przepraszamy za spóźnienie, ale kobiety mają to do siebie, że potrafią trzy godziny siedzieć przed lustrem- spojrzał na mnie wymownie.
- Wcale nie siedziałam trzy tylko dwie, a przypomnę ci że ty też potrafisz nie mało wybierać garnitury- wystawiłam mu język, na co żartobliwie zmrużył oczy.
***
Kolacja przebiegała spokojnie, większych sporów nie było. Czasami tylko obie strony się o coś posprzeczały, ale to normalka na pierwszym spotkaniu. Jednak te niektóre styki wyglądały poważnie i wkraczaliśmy z Harrym do akcji.
Po zupie i głównym daniu byłam wycieńczona na amen. Wstałam od stołu i zaraz wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Harry też już chciał wstawać, ale pokazałam mu ręką że może usiąść.
- Idę tylko do łazienki, zaraz wracam.
Gdy tylko znalazłam się w wykafelkowanym pomieszczeniu od razu przylepiłam się do toalety. Wyleciał ze mnie cały obiad i... czy to była krew?! Nie mogłam gapić się na mozaikę w muszli, bo dalej się ze mnie wylewało. Kiedy skończyłam, przemyłam usta i wróciłam do rodziny. Wszyscy na mnie patrzyli jak na upiora.
- Jesteś strasznie blada kochanie- mama przekrzywiła głowę.
- To nic- uśmiechnęłam się najszczerzej jak mogłam.
Harry pochylił się nad moją szyją niby coś poprawiając.
- Wymiotowałaś?- skinęłam głową.- Dobrze już?
Znowu skinęłam i wtuliłam się w niego. Zaraz na salę przyszli kelnerzy niosąc desery.
- Jak ciebie nie było to już zamówiliśmy, ale coś nie podejrzewam żebyś miała ochotę- Haz popatrzył na mnie.
- Nie, ja mam już dosyć- wyjęłam z kieszeni komórkę, żeby się czymś zając i zobaczyłam trzy tysiące nieodebranych połączeń od dziewczyn. Postanowiłam później wyjaśnić im sytuację, chociaż i tak pierwsze się dowiedziały o ciąży. Nagle ktoś mnie delikatnie puknął w ramię. Odwróciłam się i zobaczyłam Stephanie.
- Muszę siusiu- wyszeptała mi na ucho, a ja się uśmiechnęłam. Wzięłam ją za rączkę, wstałam i już zobaczyłam pełne niepokoju spojrzenie chłopaka.
- Idę tylko z małą- wyjaśniłam z uśmiechem i poszłyśmy do łazienki.
***
Desery znikły bardzo szybko, przyniesiono nam szampana w kieliszkach i butelki w miskach z lodem. Wstaliśmy razem z Harrym, w tym ja z galopującym sercem. Wszyscy zwrócili się do nas, Haz obejmował mnie w talii.
- Chcielibyśmy coś ogłosić- wyjaśnił z wielkim uśmiechem na ustach, zobaczyłam jak jego siostra otwiera usta ze zdumienia.- W ostatnich tygodniach zdarzyło się coś niesamowitego. Mianowicie- tu spojrzał na mnie- oczekujemy dziecka.
Wszyscy na sali jak na zawołanie zaklaskali i z uśmiechami się na przypatrywali. Niektórzy ze sztucznymi (czytaj obaj ojcowie), ale zawsze.
Potem wznieśliśmy toast (znaczy kto wzniósł ten wzniósł, ja nie mogłam pić alkoholu) i reszta wieczoru zapowiadała się względnie dobrze. Jednak dla mnie tak nie było.
- A co z małżeństwem? Dziecko przecież nie może być wychowywane przez dwóch rodziców oddzielnie- pytanie mamy Harry'ego lekko mnie rozproszyło. Co? Jaki ślub?
- A dom? Do malucha trzeba mieć wszystko podporządkowane!- już chciałam odpowiadać, ale przerwało mi kolejne pytanie.
- A poród? Wybraliście już szpital?
- Nie, ale...
Nie zdążyłam dokończyć, ponieważ zasypał mnie grad innych pytań. Odwracałam zdezorientowana głowę w różne strony i nie mogłam się ogarnąć. Po setnym ukryłam twarz w dłoniach i zaczęłam cichutko płakać. Natychmiast wszystkie głosy umilkły i został tylko mój szloch.
- Spokojnie kochanie, ćśśś....- Harry przycisnął mnie do siebie.- Wszystko będzie w porządku.
Potem coś tam naględził, że musimy się już zbierać bo jestem zmęczona itp. itp. it, kurwa, d.
------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, że dopiero teraz, ale mam naprawdę napięty plan. Dzisiaj zaczynam o 9.50 więc mam trochę więcej czasu. Dlatego na pewno rozdziały będą w czwartki, nie wiem jak z resztą tygodnia.... Poproszę dziesięć komentarzy :*
- No przecież muszą się dowiedzieć, że rodzina się powiększy!- wymamrotałam i wlepiłam wzrok w haftowaną kołdrę.
- Oczywiście, ale chcesz żeby dowiedzieli się wszyscy za jednym razem czy oddzielnie?
- Muszą się też poznać i chyba nie przetrwałabym dwa razy takiego napięcia. Nie w takim stanie- odruchowo złapałam się za brzuch.
To był mój taki tik nerwowy, przez ostatni tydzień nabrałam potrzeby odczuwania dziecka. Harry patrzył na to z małym uśmieszkiem na ustach, był podobny do tego jak wyszliśmy od lekarza. Szczerzył się wtedy jak głupi i co chwila skakał krzycząc: jestem tatusiem, jestem tatusiem! Będziemy rodzicami, wiesz? Hura!
- Będzie dobrze, skarbie- złapał mnie za ręce i potarł moje kostki.
- Wierzę ci- przysunęłam się do niego i wtuliłam mocno w jego tors. Objął mnie opiekuńczo i westchnął.
- No to teraz tylko jeszcze wybierzemy restaurację i będzie okej, tak?-spojrzał na mnie w dół.
- Pewnie, a już o jakiejś myślisz?
Haz uśmiechnął się tajemniczo.
***
- No chodź już, no! Na pewno ślicznie wyglądasz!- jęknął z parteru Harry.
- Poczekaj jeszcze dosłownie pięć minut, kochanie!- odkrzyknęłam mu i dalej szarpałam się z kolią.
Była taka delikatna (przynajmniej na taką wyglądała) i nie chciałam jej zepsuć. Od pół godziny siedziałam w łazience i próbowałam coś z tym zrobić. Za chwilę usłyszałam jakieś głuche dudnienie na dole i już chciałam pytać co się dzieje, kiedy drzwi do łazienki raptownie się otworzyły.
- Co ty tutaj jeszcze robisz, hmm?- podszedł do mnie i oparł się rękoma po obu stronach oparcia krzesła.
- Próbuję to zapiąć- wymamrotałam ze skupieniem.
- Pomogę ci- uśmiechnął się i złapał za zawieszkę.
Chwilę później diamentowa kolia zdobiła moją szyję, a Harry wpatrywał się w nią z pożądaniem w oczach.
- Wiesz jak chętnie zdarłbym teraz z ciebie tę kieckę?- pomógł mi wstać.
- Wiem, ale nie mamy teraz czasu- zbliżyłam swoje usta do niego i namiętnie pocałowałam. Nie był mi dłużny, jego język czynił cuda. Dopiero kiedy kazałam mu przestać się zatrzymał.
- Wiesz, chyba mam teraz niewydolność oddechową- całował mnie tak mocno, że czułam jak puchną mi usta.
Zaśmiał się tylko cicho, dotknął czule mojego brzucha i sprowadził mnie powoli na dół. Wsiedliśmy do samochodu i zaczęliśmy jechać w nieznanym mi kierunku, ale Harry wydawał się świetnie rozpoznawać w sytuacji. Kiedy dojechaliśmy mało szczęka mi nie opadła z wrażenia. Budynek sam w sobie musiał kosztować kupę forsy, nie mówiąc już o wystroju wnętrz. Chłopak wstał, obszedł samochód i podał mi rękę. Gdy wysiadłam rzucił kluczyki parkingowemu i poprowadził mnie do środka. Tak jak się spodziewałam było niesamowicie- wielkie żyrandole, mnóstwo cholernie drogiego alkoholu i w siana bogatych ludzi. Poczułam się trochę niekomfortowo, co Harry natychmiast wyczuł.
- Nie denerwuj się skarbie, mamy zarezerwowaną salę tylko dla siebie.
Trochę się rozluźniłam, ale kiedy zobaczyłam tą "salę" prawie się popłakałam. Było jeszcze więcej tego wszystkiego i na dodatek przy stole siedziały obie rodziny.
- Przepraszamy za spóźnienie, ale kobiety mają to do siebie, że potrafią trzy godziny siedzieć przed lustrem- spojrzał na mnie wymownie.
- Wcale nie siedziałam trzy tylko dwie, a przypomnę ci że ty też potrafisz nie mało wybierać garnitury- wystawiłam mu język, na co żartobliwie zmrużył oczy.
***
Kolacja przebiegała spokojnie, większych sporów nie było. Czasami tylko obie strony się o coś posprzeczały, ale to normalka na pierwszym spotkaniu. Jednak te niektóre styki wyglądały poważnie i wkraczaliśmy z Harrym do akcji.
Po zupie i głównym daniu byłam wycieńczona na amen. Wstałam od stołu i zaraz wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Harry też już chciał wstawać, ale pokazałam mu ręką że może usiąść.
- Idę tylko do łazienki, zaraz wracam.
Gdy tylko znalazłam się w wykafelkowanym pomieszczeniu od razu przylepiłam się do toalety. Wyleciał ze mnie cały obiad i... czy to była krew?! Nie mogłam gapić się na mozaikę w muszli, bo dalej się ze mnie wylewało. Kiedy skończyłam, przemyłam usta i wróciłam do rodziny. Wszyscy na mnie patrzyli jak na upiora.
- Jesteś strasznie blada kochanie- mama przekrzywiła głowę.
- To nic- uśmiechnęłam się najszczerzej jak mogłam.
Harry pochylił się nad moją szyją niby coś poprawiając.
- Wymiotowałaś?- skinęłam głową.- Dobrze już?
Znowu skinęłam i wtuliłam się w niego. Zaraz na salę przyszli kelnerzy niosąc desery.
- Jak ciebie nie było to już zamówiliśmy, ale coś nie podejrzewam żebyś miała ochotę- Haz popatrzył na mnie.
- Nie, ja mam już dosyć- wyjęłam z kieszeni komórkę, żeby się czymś zając i zobaczyłam trzy tysiące nieodebranych połączeń od dziewczyn. Postanowiłam później wyjaśnić im sytuację, chociaż i tak pierwsze się dowiedziały o ciąży. Nagle ktoś mnie delikatnie puknął w ramię. Odwróciłam się i zobaczyłam Stephanie.
- Muszę siusiu- wyszeptała mi na ucho, a ja się uśmiechnęłam. Wzięłam ją za rączkę, wstałam i już zobaczyłam pełne niepokoju spojrzenie chłopaka.
- Idę tylko z małą- wyjaśniłam z uśmiechem i poszłyśmy do łazienki.
***
Desery znikły bardzo szybko, przyniesiono nam szampana w kieliszkach i butelki w miskach z lodem. Wstaliśmy razem z Harrym, w tym ja z galopującym sercem. Wszyscy zwrócili się do nas, Haz obejmował mnie w talii.
- Chcielibyśmy coś ogłosić- wyjaśnił z wielkim uśmiechem na ustach, zobaczyłam jak jego siostra otwiera usta ze zdumienia.- W ostatnich tygodniach zdarzyło się coś niesamowitego. Mianowicie- tu spojrzał na mnie- oczekujemy dziecka.
Wszyscy na sali jak na zawołanie zaklaskali i z uśmiechami się na przypatrywali. Niektórzy ze sztucznymi (czytaj obaj ojcowie), ale zawsze.
Potem wznieśliśmy toast (znaczy kto wzniósł ten wzniósł, ja nie mogłam pić alkoholu) i reszta wieczoru zapowiadała się względnie dobrze. Jednak dla mnie tak nie było.
- A co z małżeństwem? Dziecko przecież nie może być wychowywane przez dwóch rodziców oddzielnie- pytanie mamy Harry'ego lekko mnie rozproszyło. Co? Jaki ślub?
- A dom? Do malucha trzeba mieć wszystko podporządkowane!- już chciałam odpowiadać, ale przerwało mi kolejne pytanie.
- A poród? Wybraliście już szpital?
- Nie, ale...
Nie zdążyłam dokończyć, ponieważ zasypał mnie grad innych pytań. Odwracałam zdezorientowana głowę w różne strony i nie mogłam się ogarnąć. Po setnym ukryłam twarz w dłoniach i zaczęłam cichutko płakać. Natychmiast wszystkie głosy umilkły i został tylko mój szloch.
- Spokojnie kochanie, ćśśś....- Harry przycisnął mnie do siebie.- Wszystko będzie w porządku.
Potem coś tam naględził, że musimy się już zbierać bo jestem zmęczona itp. itp. it, kurwa, d.
------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, że dopiero teraz, ale mam naprawdę napięty plan. Dzisiaj zaczynam o 9.50 więc mam trochę więcej czasu. Dlatego na pewno rozdziały będą w czwartki, nie wiem jak z resztą tygodnia.... Poproszę dziesięć komentarzy :*
poniedziałek, 2 września 2013
Rozdział 46
W ciemnych okularach i wielkim kapeluszu, na Bonda skradałam się do warzywniaka. Ja i dziecko musieliśmy się dobrze odżywiać, a to był jedyny dobry sklep z ekologicznym jedzeniem. W środku miasta. Starałam się zachowywać normalnie, a nie jak walnięta kura, ale coś mi nie wychodziło. Gdy już zakradłam się do sklepu mało gały mi nie wystrzeliły na wierzch: Harry i Louis stali na środku i podpisywali autografy! Zaraz się opanowałam i minęłam ich szybko, starając się zbytnio nie pokazywać im mojej sylwetki. Zresztą miałam inny kolor włosów, byłam mocno umalowana i bluza zwisała ze mnie jak z wieszaka. Tak w zasadzie makijażu nie było widać bo kapelusz przesłaniał wszystko, był o podwójnym znaczeniu- chronił mnie od słońca i Harry'ego.
Kiedy wybierałam produkty naszła mnie chęć pokazania się chłopakowi. Była tak silna, potrzeba dotknięcia jego skóry, włosów, chociaż tylko na chwilkę. Nagle za sobą usłyszałam Lou, mówiący że sorry ale chcą sobie kupić śniadanie. Fanki jęknęły, ale odeszły od nich. Pospiesznie zaczęłam pakować rzeczy do koszyka i w te pędy zainstalowałam się w kolejce. Za mną stanął jakiś pan wielkości wejścia do sklepu razem z rozwrzeszczanym dzieciakiem. Jak sobie wyobraziłam, że takie może być moje maleństwo to od razu przysięgłam sobie lepiej je wychować. I wtedy za tym bachorem pojawił się Lou. W popłochu usunęłam się z jego pola widzenia jak tylko mogłam, byłam jeszcze szczupła więc kłopotu specjalnie nie było. Zasłoniłam twarz włosami i mogłam spokojnie wyładować produkty, gdy już była moja kolej. Wyjęłam telefon bo ktoś do mnie dzwonił i z przerażeniem stwierdziłam, że to Harry po drugiej stronie sklepu. Nerwowo spacerował wzdłuż półek trzymając urządzenie przy uchu i mamrocząc coś tam. Szybko schowałam telefon do kieszeni i wyciągnęłam portfel. Zapłaciłam za zakupy i najszybciej jak mogłam wyszłam ze sklepu, poszłam w stronę samochodu i wsiadłam do środka. Oparłam się czołem o kierownicę i chwyciłam komórkę, z wrażenia wytrzeszczyłam oczy. Sto szesnaście nieodebranych, sześćdziesiąt wiadomości i wszystko od Harry'ego! Jemu chyba naprawdę zależy... No i co z tego! Nie pozwolę mu zepsuć sobie kariery!
Wkurzona na siebie odpaliłam auto i pojechałam do domu. Po drodze jeszcze wpadłam do księgarni i cukierni. Miałam ochotę na obleśne romansidło i obrzydliwie słodkiego eklerka. Zazwyczaj unikałam kalorii, ale doszłam do wniosku że i tak będę gruba, więc po co się powstrzymywać? Kiedy wróciłam do domu, usiadłam na fotelu w małym pomieszczeniu z półkami na książki (zwanym przez mnie osobiście biblioteką), wzięłam paczkę eklerków i zaczęłam czytać coś o wielkiej miłości. Po paru stronach wszystko paradoksalnie pasowało mi do Harry'ego i mnie, a po paru rozdziałach wiedziałam co będzie dalej. Mimo wszystko wchodziłam w tą historię głębiej i głębiej, czasami pojedyncze łzy kapały mi na policzki ze wzruszenia. Gdy skończyłam malutki tomik stwierdziłam, że chciałabym żeby moja własna opowieść właśnie tak się skończyła.
Nagle podskoczyłam do góry na dźwięk dzwonka do drzwi. Bez większego zastanawiania się wstałam i poszłam otworzyć. Dzięki postaci, którą chwilę później zobaczyłam, zemdlałam.
***
Ktoś ostrożnie, bardzo ostrożnie przytulał mnie do siebie. Zawsze i wszędzie rozpoznałabym ojca mojego dziecka! Nie chciałam po sobie poznać, że się obudziłam ale słone kropelki spłynęły po mojej twarzy. Zaszlochałam delikatnie i momentalnie uścisk Harry'ego się wzmocnił.
- Ha-arry...- zakrztusiłam się płaczem.
- Spokojnie kochanie, ćśśś- pogładził mnie po głowie.- Widzę, że bardzo dużo wymiotujesz, bo masz aż wybroczyny na twarzy. Czy chcesz mi coś powiedzieć?
- Kocham cię!- zarzuciłam mu ręce na szyję i zaszlochałam gorzko.
- Wiem skarbie, dlatego tu jestem- pocałował mnie w czoło. - Ale mi chodzi o zwracanie posiłków. Schudłaś tak, że cię prawie nie widać, a powinnaś mieć już lekko zaokrąglony brzuszek- zaśmiał się delikatnie.
- No bo to wszystko przez tą dietę!
- Jaką dietę?
No więc opowiedziałam mu wszystko, kiedy skończyłam nie odezwał się. Leżał po prostu koło mnie i wpatrywał się gdzieś w ścianę. Dopiero po jakichś piętnastu minutach usłyszałam go.
- Wiesz jak to się nazywa? Takie wymiotowanie?- pokręciłam przecząco głową.- Bulimia. To jest choroba, słonko, takie coś trzeba leczyć. A powiedz mi, jesz dużo?
Znowu zaprzeczyłam, ostatnio właśnie prawie w ogóle nic nie jadłam i dopiero dzisiaj się wybrałam po jedzenie.
- Kochanie, nieźle się tu zabunkrowałaś. Gdybym nie miał znajomości to w życiu bym cię tutaj nie znalazł!
- A kto ci powiedział, że tutaj jestem?- spojrzałam mu w oczy.
- Mam kumpla w Apple'u, namierzył adres IP* twojego telefonu i jakimś cudem nagle miał dostęp do wszystkich twoich danych w komórce. Kiedy Cher mi powiedziała, że gdzieś pojechałaś to od razu pojechałem do studia, miał tam akurat być i coś tam instalować.
Nagle zapomniałam o całym Bożym świecie. Liczyło się tylko tu i teraz, razem z Harrym.
***
Przez cały lot samolotem miałam mdłości, co chwila latałam do łazienki i praktycznie tam spędziłam większość podróży. Kiedy lądowaliśmy byłam zielona, a jak wróciłam do domu- czerwona. Właściwie to nie pojechałam do domu tylko do Harry'ego, ale co z tego- przecież jest tatusiem naszego dzidziusia, nie?
*#adres IP
------------------------------------
No to co, dwanaście komentarzy? :D No jak przy poprzednim rozdziale pobiliście rekord komów, to myślę że dacie radę! :*
Kiedy wybierałam produkty naszła mnie chęć pokazania się chłopakowi. Była tak silna, potrzeba dotknięcia jego skóry, włosów, chociaż tylko na chwilkę. Nagle za sobą usłyszałam Lou, mówiący że sorry ale chcą sobie kupić śniadanie. Fanki jęknęły, ale odeszły od nich. Pospiesznie zaczęłam pakować rzeczy do koszyka i w te pędy zainstalowałam się w kolejce. Za mną stanął jakiś pan wielkości wejścia do sklepu razem z rozwrzeszczanym dzieciakiem. Jak sobie wyobraziłam, że takie może być moje maleństwo to od razu przysięgłam sobie lepiej je wychować. I wtedy za tym bachorem pojawił się Lou. W popłochu usunęłam się z jego pola widzenia jak tylko mogłam, byłam jeszcze szczupła więc kłopotu specjalnie nie było. Zasłoniłam twarz włosami i mogłam spokojnie wyładować produkty, gdy już była moja kolej. Wyjęłam telefon bo ktoś do mnie dzwonił i z przerażeniem stwierdziłam, że to Harry po drugiej stronie sklepu. Nerwowo spacerował wzdłuż półek trzymając urządzenie przy uchu i mamrocząc coś tam. Szybko schowałam telefon do kieszeni i wyciągnęłam portfel. Zapłaciłam za zakupy i najszybciej jak mogłam wyszłam ze sklepu, poszłam w stronę samochodu i wsiadłam do środka. Oparłam się czołem o kierownicę i chwyciłam komórkę, z wrażenia wytrzeszczyłam oczy. Sto szesnaście nieodebranych, sześćdziesiąt wiadomości i wszystko od Harry'ego! Jemu chyba naprawdę zależy... No i co z tego! Nie pozwolę mu zepsuć sobie kariery!
Wkurzona na siebie odpaliłam auto i pojechałam do domu. Po drodze jeszcze wpadłam do księgarni i cukierni. Miałam ochotę na obleśne romansidło i obrzydliwie słodkiego eklerka. Zazwyczaj unikałam kalorii, ale doszłam do wniosku że i tak będę gruba, więc po co się powstrzymywać? Kiedy wróciłam do domu, usiadłam na fotelu w małym pomieszczeniu z półkami na książki (zwanym przez mnie osobiście biblioteką), wzięłam paczkę eklerków i zaczęłam czytać coś o wielkiej miłości. Po paru stronach wszystko paradoksalnie pasowało mi do Harry'ego i mnie, a po paru rozdziałach wiedziałam co będzie dalej. Mimo wszystko wchodziłam w tą historię głębiej i głębiej, czasami pojedyncze łzy kapały mi na policzki ze wzruszenia. Gdy skończyłam malutki tomik stwierdziłam, że chciałabym żeby moja własna opowieść właśnie tak się skończyła.
Nagle podskoczyłam do góry na dźwięk dzwonka do drzwi. Bez większego zastanawiania się wstałam i poszłam otworzyć. Dzięki postaci, którą chwilę później zobaczyłam, zemdlałam.
***
Ktoś ostrożnie, bardzo ostrożnie przytulał mnie do siebie. Zawsze i wszędzie rozpoznałabym ojca mojego dziecka! Nie chciałam po sobie poznać, że się obudziłam ale słone kropelki spłynęły po mojej twarzy. Zaszlochałam delikatnie i momentalnie uścisk Harry'ego się wzmocnił.
- Ha-arry...- zakrztusiłam się płaczem.
- Spokojnie kochanie, ćśśś- pogładził mnie po głowie.- Widzę, że bardzo dużo wymiotujesz, bo masz aż wybroczyny na twarzy. Czy chcesz mi coś powiedzieć?
- Kocham cię!- zarzuciłam mu ręce na szyję i zaszlochałam gorzko.
- Wiem skarbie, dlatego tu jestem- pocałował mnie w czoło. - Ale mi chodzi o zwracanie posiłków. Schudłaś tak, że cię prawie nie widać, a powinnaś mieć już lekko zaokrąglony brzuszek- zaśmiał się delikatnie.
- No bo to wszystko przez tą dietę!
- Jaką dietę?
No więc opowiedziałam mu wszystko, kiedy skończyłam nie odezwał się. Leżał po prostu koło mnie i wpatrywał się gdzieś w ścianę. Dopiero po jakichś piętnastu minutach usłyszałam go.
- Wiesz jak to się nazywa? Takie wymiotowanie?- pokręciłam przecząco głową.- Bulimia. To jest choroba, słonko, takie coś trzeba leczyć. A powiedz mi, jesz dużo?
Znowu zaprzeczyłam, ostatnio właśnie prawie w ogóle nic nie jadłam i dopiero dzisiaj się wybrałam po jedzenie.
- Kochanie, nieźle się tu zabunkrowałaś. Gdybym nie miał znajomości to w życiu bym cię tutaj nie znalazł!
- A kto ci powiedział, że tutaj jestem?- spojrzałam mu w oczy.
- Mam kumpla w Apple'u, namierzył adres IP* twojego telefonu i jakimś cudem nagle miał dostęp do wszystkich twoich danych w komórce. Kiedy Cher mi powiedziała, że gdzieś pojechałaś to od razu pojechałem do studia, miał tam akurat być i coś tam instalować.
Nagle zapomniałam o całym Bożym świecie. Liczyło się tylko tu i teraz, razem z Harrym.
***
Przez cały lot samolotem miałam mdłości, co chwila latałam do łazienki i praktycznie tam spędziłam większość podróży. Kiedy lądowaliśmy byłam zielona, a jak wróciłam do domu- czerwona. Właściwie to nie pojechałam do domu tylko do Harry'ego, ale co z tego- przecież jest tatusiem naszego dzidziusia, nie?
*#adres IP
------------------------------------
No to co, dwanaście komentarzy? :D No jak przy poprzednim rozdziale pobiliście rekord komów, to myślę że dacie radę! :*
niedziela, 1 września 2013
Rozdział 45
W łóżku bez niego było tak pusto... Leżałam wśród ciemnej nocy, nasłuchując szumu wiatru i ciszy. Mdłości chwytały mnie co chwila i powoli zaczynałam żałować, że opuściłam Harry'ego. To było takie... dziwne, że nie jestem z nim i zarazem przerażające, że mam w sobie jego dziecko. Czułam się potwornie nie mówiąc mu tego, ale wiedziałam co się stanie po wyjściu na światło dzienne tej informacji. Wszyscy by mnie zabili, z rodzicami i chłopakami z zespołu na czele. Przecież zepsułabym im karierę! Haz dla dobra rodziny zostawiłby One Direction i ożenił się ze mną, a ja do końca życia bym sobie tego nie wybaczyła. Znowu przyszła mi pewność, że bardzo dobrze zrobiłam i koniec kropka.
Kolejna myśl przyszła mi do głowy- kiedy rodzice się zorientują, że wcale nie pojechałam na wakacje? Że nie ma mnie tam, gdzie według nich powinnam być? Czy zrobią mi awanturę za dziecko? Ech, nie ma to jak wesołe myśli.
Nagle gdzieś coś w środku mnie... poruszyło się? Nie, to raczej za mocne słowo, ale tak jakby dało mi znać o swoim istnieniu. Przyłożyłam rękę do brzucha i bardzo cichutko wyszeptałam:
- Jestem tutaj kochanie, mamusia nie pozwoli żeby cokolwiek ci się stało- mała łza spłynęła mi po policzku i zniknęła kapiąc.- Mamusia cię kocha.
***
Następnego dnia obudziłam się z wesołą myślą poznania sąsiadów. Z uśmiechem na ustach postanowiłam ubrać się jednak normalnie i pójść popielić do ogródka- widziałam jak wiele młodych matek z apartamentów obok to robi. Zebrałam więc potrzebne rzeczy, nałożyłam na oczy zielone soczewki po czym dziarskim krokiem ruszyłam na dół. Faktycznie- dużo kobiet tylko trochę starszych ode mnie siedziało na leżakach na tarasie i rozmawiało. Gdy do nich podeszłam z wielkim zdziwieniem zobaczyłam dziewczynę w moim wieku z ogromnym brzuchem.
- Cześć!- pomachała do mnie.
- Hej- odmachałam jej nieśmiało i jeszcze bardziej się zbliżyłam.
- Mieszkasz tutaj? Och, w ogóle gdzie moje maniery! Jestem Samantha Roksord, to jest Roselinne i Alish- promieniowała wręcz szczęściem pokazując po kolei swoje koleżanki. Mówiła oczywiście po francusku, nie było więc kłopotu się porozumieć.
- Ja jestem Melody Furlought- podałam jej rękę, którą uścisnęła z wielkim uśmiechem. Była blondynką, podejrzewam że przed ciążą była naprawdę szczupła.
- Siadaj Mel, chcesz coś do picia?
I tak się zaczęły moje relacje z sąsiadkami. Wszystkie okazały się bardzo miłe, a mąż Sam był powalająco uprzejmy: jednakże Harry był stokrotnie lepszy. Gdy poprosiły mnie o swoją historię, powiedziałam tylko o moim samotnym macierzyństwie i boskim chłopaku, ale nie podałam jego imienia. Bałam się, że może gdzieś przeczytają, że mnie szuka albo co gorsza któraś z czterech córek Roselinne mnie rozpozna. Nie chciałam ryzykować.
Po kilku godzinach gadania bez przerwy i obgadywania hollywoodzkich gwiazd byłam tak zmęczona, że musiałam iść po prostu do domu. Od razu się położyłam i przez cały czas śniłam o Harrym.
=================================================================
Ze zdenerwowaniem siedziałem koło Louisa i Liama w samolocie. Musieli mnie trzymać, żebym nie podskakiwał co chwila z niecierpliwości albo chodził do pilota i go popędzał. Trzy godziny już siedziałem w tej piekielnej maszynie i już trzy godziny nie mogłem przestać się gotować ze złości. Koncert! Taki warunek postawił mi Paul w zamian, że tam pojedziemy. Wszystkie bilety zostały wyprzedane praktycznie w dziesięć minut i śmiało mogliśmy lecieć. Musiałem ją zobaczyć... Chociaż jeden raz, nawet jeśli nie będzie chciała ze mną rozmawiać! Nie obchodzi mnie to, że dziecko może zniszczyć mi karierę. Zawsze najważniejsza była ona.
Kiedy tajemniczy głos z głośnika oznajmił, że lądujemy wydarłem się z radości na cały samolot. Niall zapchał mi usta kanapką.
- Zamknij... się- popatrzył mi w oczy po czym poszedł na fotel.
=================================================================
Zmęczona, zmaltretowana, zmiętoszona i wypluta siedziałam na kanapie przed telewizorem. Powód? ON był w telewizji. ON i reszta chłopaków. ON siedział w limuzynie i to ON machał uśmiechnięty do kamery. Do jakiej kurwy chuja on mnie tutaj znalazł?! Przecież schowałam się na takim cholernym zadupiu, że to głowa boli! Ale nie, ON miał ból dupy i musiał ją zawlec aż tutaj, żeby spróbować mnie zaciągnąć z powrotem do domu tak jak wcześniej. Tylko że teraz mi nie wyperswaduje ciąży i będzie musiał się z tym wszystkim pogodzić. Jak będzie trzeba to posunę się do bardziej drastycznych rzeczy...
---------------------------
11 komentarzy!!!!!
Kolejna myśl przyszła mi do głowy- kiedy rodzice się zorientują, że wcale nie pojechałam na wakacje? Że nie ma mnie tam, gdzie według nich powinnam być? Czy zrobią mi awanturę za dziecko? Ech, nie ma to jak wesołe myśli.
Nagle gdzieś coś w środku mnie... poruszyło się? Nie, to raczej za mocne słowo, ale tak jakby dało mi znać o swoim istnieniu. Przyłożyłam rękę do brzucha i bardzo cichutko wyszeptałam:
- Jestem tutaj kochanie, mamusia nie pozwoli żeby cokolwiek ci się stało- mała łza spłynęła mi po policzku i zniknęła kapiąc.- Mamusia cię kocha.
***
Następnego dnia obudziłam się z wesołą myślą poznania sąsiadów. Z uśmiechem na ustach postanowiłam ubrać się jednak normalnie i pójść popielić do ogródka- widziałam jak wiele młodych matek z apartamentów obok to robi. Zebrałam więc potrzebne rzeczy, nałożyłam na oczy zielone soczewki po czym dziarskim krokiem ruszyłam na dół. Faktycznie- dużo kobiet tylko trochę starszych ode mnie siedziało na leżakach na tarasie i rozmawiało. Gdy do nich podeszłam z wielkim zdziwieniem zobaczyłam dziewczynę w moim wieku z ogromnym brzuchem.
- Cześć!- pomachała do mnie.
- Hej- odmachałam jej nieśmiało i jeszcze bardziej się zbliżyłam.
- Mieszkasz tutaj? Och, w ogóle gdzie moje maniery! Jestem Samantha Roksord, to jest Roselinne i Alish- promieniowała wręcz szczęściem pokazując po kolei swoje koleżanki. Mówiła oczywiście po francusku, nie było więc kłopotu się porozumieć.
- Ja jestem Melody Furlought- podałam jej rękę, którą uścisnęła z wielkim uśmiechem. Była blondynką, podejrzewam że przed ciążą była naprawdę szczupła.
- Siadaj Mel, chcesz coś do picia?
I tak się zaczęły moje relacje z sąsiadkami. Wszystkie okazały się bardzo miłe, a mąż Sam był powalająco uprzejmy: jednakże Harry był stokrotnie lepszy. Gdy poprosiły mnie o swoją historię, powiedziałam tylko o moim samotnym macierzyństwie i boskim chłopaku, ale nie podałam jego imienia. Bałam się, że może gdzieś przeczytają, że mnie szuka albo co gorsza któraś z czterech córek Roselinne mnie rozpozna. Nie chciałam ryzykować.
Po kilku godzinach gadania bez przerwy i obgadywania hollywoodzkich gwiazd byłam tak zmęczona, że musiałam iść po prostu do domu. Od razu się położyłam i przez cały czas śniłam o Harrym.
=================================================================
Ze zdenerwowaniem siedziałem koło Louisa i Liama w samolocie. Musieli mnie trzymać, żebym nie podskakiwał co chwila z niecierpliwości albo chodził do pilota i go popędzał. Trzy godziny już siedziałem w tej piekielnej maszynie i już trzy godziny nie mogłem przestać się gotować ze złości. Koncert! Taki warunek postawił mi Paul w zamian, że tam pojedziemy. Wszystkie bilety zostały wyprzedane praktycznie w dziesięć minut i śmiało mogliśmy lecieć. Musiałem ją zobaczyć... Chociaż jeden raz, nawet jeśli nie będzie chciała ze mną rozmawiać! Nie obchodzi mnie to, że dziecko może zniszczyć mi karierę. Zawsze najważniejsza była ona.
Kiedy tajemniczy głos z głośnika oznajmił, że lądujemy wydarłem się z radości na cały samolot. Niall zapchał mi usta kanapką.
- Zamknij... się- popatrzył mi w oczy po czym poszedł na fotel.
=================================================================
Zmęczona, zmaltretowana, zmiętoszona i wypluta siedziałam na kanapie przed telewizorem. Powód? ON był w telewizji. ON i reszta chłopaków. ON siedział w limuzynie i to ON machał uśmiechnięty do kamery. Do jakiej kurwy chuja on mnie tutaj znalazł?! Przecież schowałam się na takim cholernym zadupiu, że to głowa boli! Ale nie, ON miał ból dupy i musiał ją zawlec aż tutaj, żeby spróbować mnie zaciągnąć z powrotem do domu tak jak wcześniej. Tylko że teraz mi nie wyperswaduje ciąży i będzie musiał się z tym wszystkim pogodzić. Jak będzie trzeba to posunę się do bardziej drastycznych rzeczy...
---------------------------
11 komentarzy!!!!!
Rozdział 44
Ze łzami w oczach i mokrymi policzkami siedziałam przy kartce papieru. Była już cała pomoczona, miejscami tusz się zamazywał i nie było widać liter. Od paru godzin układałam tekst w całość, nie mogłam się skupić na jednej rzeczy, bo zaraz moje ręce lądowały na brzuchu, powodując jeszcze większy szloch. Ciąża to nie było to, czego chciałam. Zawsze marzyłam, że dowiem się o tym w cudowny sposób i pobiegnę do męża mu o tym powiedzieć. Ale męża nie było, ojciec był sławnym gwiazdorem, idolem nastolatek, a matka zwyczajną studentką. Nie chciałam aborcji, w życiu nie zabiłabym swojego dziecka. Ale nie miałam powodów by psuć karierę Harry'ego, więc zwyczajnie wyjechałam do Châteauroux, do Francji. Czasami warto było mieć kupę siana i na nic nie wydawać, szybko wybrałam sobie apartament i kupiłam go. Celowo wybrałam miasto które może wielkością nie było Paryżem, ale ludu sporo. Postanowiłam się nie wychylać i już pierwszego dnia zmieniłam #kolor włosów oraz #styl. Długa, obszerna bluza skutecznie zakrywała moje coraz większe ciałko i dodatkowo była bardzo wygodna.
Pisząc list bardzo często wpatrywałam się w słowa:
Harry!
Wybacz mi, ale nie możemy być dłużej razem,
Przeszkadzają mi fanki, flesze i inne rzeczy.
Denerwuje mnie Twoja natarczywość i opiekuńczość,
Zdecydowałam więc, że rzucę Cię w najdelikatniejszy możliwy sposób-
Napiszę list.
Nie chcę abyś mnie szukał, nie kocham Cię już,
Znajdź sobie lepszą ode mnie, taką która będzie Cię szanowała.
Nie licz już na mnie, nie masz szans na dalszy związek,
Myślę, że powiedziałam Ci już wszystko, zatem żegnam Panie Styles!
Twoja Była
Znowu samotna łza spadła na karteczkę i znowu przetarłam ją rękawem mojej długiej bluzy.
=============================================================
Z telefonem przy uchu wszedłem roześmiany do domu, Gemma opowiadała o pewnej sytuacji. Po prostu płakałem ze śmiechu, nie mogłem się powstrzymać. Jednak musiałem się pożegnać, bo przy Melly nie mogłem się zachowywać jak wariat. Rozłączyłem się i na palcach wszedłem po schodach. Jakież zdziwienie mnie spotkało, gdy nie zastałem mojej dziewczyny w sypialni! Nie było jej w łazience, salonie ani kuchni, przetrząsnąłem dosłownie cały dom zanim do mnie dotarło, że mogę przecież zadzwonić. Pospiesznie wybrałem jej numer, ale rozczarowanie mnie zalało. Zamiast dalej się do niej dobijać zadzwoniłem do Cher.
- T-ak?- odebrała z drżącym głosem.
- Wiesz gdzie jest Melody?
Nagle się rozłączyła, a ja stałem ze zdziwioną miną w przedpokoju. Schowałem w końcu telefon i postanowiłem pojechać do tej nieszczęsnej dziewczyny. Gdy byłem już na miejscu mało się nie zabiłem kiedy biegłem do drzwi. Prawie rozwaliłem dzwonek zanim przerażona twarz Charlotte pokazała mi się.
- Nie ma jej tu...- jeszcze nigdy nie słyszałem u niej tak słabego głosu.
- To gdzie jest?- rozłożyłem bezradnie ręce.
- Harry... ona...- wzięła głęboki oddech.- Ona nie chce cię już więcej widzieć, nie kocha cię już i ma cię dość. Niedługo dostaniesz od niej list, ale na razie daj jej spokój. Idź do domu, przemyśl sobie wszystko i tyle.
Po jej minie widziałem, że coś jest nie tak.
- Ona jest w ciąży, prawda?- wyszeptałem.
Dziewczyna pokiwała lekko głową i westchnęła z ulgą.
- Ona nie wie, że ty wiesz. A ja nie wiem, gdzie ona jest- zamachała rękami wokół głowy.- Może być dosłownie wszędzie na świecie, stać ją na wszystko i dodatkowo nic nam nie powiedziała i...
- Dziękuję Charlotte, jestem twoim dłużnikiem!- do głowy wpadł mi szalony pomysł.
Wpadłem do auta i z prędkością światła wystrzeliłem do studia.
--------------------------------------------------------------------------------
Poprawicie trochę moją samoocenę i dacie mi dziesięć komów?
Pisząc list bardzo często wpatrywałam się w słowa:
Harry!
Wybacz mi, ale nie możemy być dłużej razem,
Przeszkadzają mi fanki, flesze i inne rzeczy.
Denerwuje mnie Twoja natarczywość i opiekuńczość,
Zdecydowałam więc, że rzucę Cię w najdelikatniejszy możliwy sposób-
Napiszę list.
Nie chcę abyś mnie szukał, nie kocham Cię już,
Znajdź sobie lepszą ode mnie, taką która będzie Cię szanowała.
Nie licz już na mnie, nie masz szans na dalszy związek,
Myślę, że powiedziałam Ci już wszystko, zatem żegnam Panie Styles!
Twoja Była
Znowu samotna łza spadła na karteczkę i znowu przetarłam ją rękawem mojej długiej bluzy.
=============================================================
Z telefonem przy uchu wszedłem roześmiany do domu, Gemma opowiadała o pewnej sytuacji. Po prostu płakałem ze śmiechu, nie mogłem się powstrzymać. Jednak musiałem się pożegnać, bo przy Melly nie mogłem się zachowywać jak wariat. Rozłączyłem się i na palcach wszedłem po schodach. Jakież zdziwienie mnie spotkało, gdy nie zastałem mojej dziewczyny w sypialni! Nie było jej w łazience, salonie ani kuchni, przetrząsnąłem dosłownie cały dom zanim do mnie dotarło, że mogę przecież zadzwonić. Pospiesznie wybrałem jej numer, ale rozczarowanie mnie zalało. Zamiast dalej się do niej dobijać zadzwoniłem do Cher.
- T-ak?- odebrała z drżącym głosem.
- Wiesz gdzie jest Melody?
Nagle się rozłączyła, a ja stałem ze zdziwioną miną w przedpokoju. Schowałem w końcu telefon i postanowiłem pojechać do tej nieszczęsnej dziewczyny. Gdy byłem już na miejscu mało się nie zabiłem kiedy biegłem do drzwi. Prawie rozwaliłem dzwonek zanim przerażona twarz Charlotte pokazała mi się.
- Nie ma jej tu...- jeszcze nigdy nie słyszałem u niej tak słabego głosu.
- To gdzie jest?- rozłożyłem bezradnie ręce.
- Harry... ona...- wzięła głęboki oddech.- Ona nie chce cię już więcej widzieć, nie kocha cię już i ma cię dość. Niedługo dostaniesz od niej list, ale na razie daj jej spokój. Idź do domu, przemyśl sobie wszystko i tyle.
Po jej minie widziałem, że coś jest nie tak.
- Ona jest w ciąży, prawda?- wyszeptałem.
Dziewczyna pokiwała lekko głową i westchnęła z ulgą.
- Ona nie wie, że ty wiesz. A ja nie wiem, gdzie ona jest- zamachała rękami wokół głowy.- Może być dosłownie wszędzie na świecie, stać ją na wszystko i dodatkowo nic nam nie powiedziała i...
- Dziękuję Charlotte, jestem twoim dłużnikiem!- do głowy wpadł mi szalony pomysł.
Wpadłem do auta i z prędkością światła wystrzeliłem do studia.
--------------------------------------------------------------------------------
Poprawicie trochę moją samoocenę i dacie mi dziesięć komów?
Subskrybuj:
Posty (Atom)